Noskowiczki i Noskowicze, na pewno doskonale wiecie, co najbardziej lubicie czytać, ale dobrze jest czasem sięgnąć po książkę inną niż zazwyczaj, albo polecaną przez innych czytelników. Dlatego mam nadzieję, że z chęcią skorzystacie z moich poleceń.
Dla tych, którzy lubią piątkowe wieczory
idealna będzie książka autora bardzo lubianej przez was serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” - Martina Widmarka pt. „Zwyczajny piątkowy wieczór z rodziną Janssonów”.
Poznajcie rodzinę Janssonów, która wydaje się najzupełniej zwyczajna, ale tylko na pierwszy rzut oka. Tata pracuje w banku, mama sprzedaje nieruchomości. Powinni więc zachowywać się „dorośle”, ale… w każdy piątek o 15:59 obydwoje przyjmują pozycje biegaczy w blokach startowych, żeby gdy tylko wybije 16:00 ruszyć w szalonym pędzie do domu. Kto wygra wyścig, ten będzie mógł zdecydować, jaki film obejrzy rodzina podczas piątkowego relaksu (mama woli przyrodnicze, tato - o wielkich, niebezpiecznych maszynach). Jednak tego konkretnego piątku z wieczoru filmowego nici. Alvin i jego młodsza siostra Kajsa, dzieci Janssonów (które zachowują się dużo „doroślej” od swoich rodziców), najpierw każą im posprzątać w domu (tato ma umyć łazienkę, mama pozmywać naczynia), a później mają dla nich niespodziankę.

Tą niespodzianką jest wizyta Generała i Grety (czyli dziadka taty Janssona i jego żony) oraz zaprzyjaźnionej rodziny Yolmazów (na którą składają się równie szaleni co Jonssonowie tata i mama, oraz ich dzieci - Ali i Fatima). Całe to liczne grono planuje zagrać w wypożyczoną z biblioteki grę „Zabawne quizy” (dorośli kontra dzieci), oglądać albumy ze zdjęciami i jeść popcorn. Wtem jednak słychać dzwonek do drzwi…
Na progu stoi zupełnie niezwykły człowiek z ręcznikiem na głowie, który przedstawia się jako Baba Roine. Okazuje się, że zna go żona Generała - Greta, może nie osobiście, ale korespondencyjnie. Baba Roine i Greta piszą do siebie listy i stąd Greta wie, że Baba Roine z Indii podróżuje dookoła świata, żeby zbierać pieniądze na schronisko dla osieroconych małp. A na progu Janssonów pojawił się, by wziąć udział w festiwalu, który nosi nazwę „piątek, piąteczek, piątunio”.

Oczywiście Janssonowie zapraszają niespodziewanego gościa do środka, a on próbuje wkupić się w łaski dorosłych. Szczególnie wzrusza wszystkich przejmującą opowieścią o osieroconych małpkach, które zjawiają się na progu jego domu w Indiach i proszą o gościnę. Janssonowie i Yolmazowie postanawiają przekazać wszystkie swoje pieniądze, by pomóc tym biednym małpkom (tata Yolmaz ma nawet zamiar sprzedać swojego kampera). Na szczęście dzieciaki nie wierzą tak zupełnie we wszystko, co mówi Baba Roine. Dlaczego twierdzi, że odżywia się wyłącznie ryżem, choć z jego pomarańczowych szat wypadają papierki po cukierkach? Mówi, że wszędzie dociera pieszo, a przecież pod dom Jonssonów podjechał taksówką (dzieci widziały, jak odjeżdżała, gdy otwierały drzwi Babie Roinemu). W dodatku ręcznik na jego głowie ma metkę z jednego z najdroższych hoteli, choć gość uparcie twierdzi, że jest ubogi, bo wszystkie swoje pieniądze przeznacza na sierociniec dla małp. Oj, chyba ktoś tu jest oszustem…

Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak skończy się zwyczajny piątkowy wieczór u Jonssonów i czy uda się zapobiec przekrętowi, jaki szykował Baba Roine - koniecznie przeczytajcie najnowszą powieść Martina Widmarka. A jeśli polubicie rodzinę Jonssonów - szukajcie innych książek o tych sympatycznych i szalonych ludziach!
Tym, którzy chcieliby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady
polecam „Książkę o górach” Robba Maciąga.
Co prawda nie ma w niej nic o Bieszczadach, ale już o Tatrach znajdziecie mnóstwo informacji. Nie wspominając o najwyższych górach świata, czyli Himalajach. Ale jeśli nawet nie wybieracie się w najbliższym czasie ani na Rysy, ani na Mount Everest - sięgnijcie po książkę Robba Maciąga mimo to. Bo może zamiast wędrówki interesuje was wspinaczka? Okazuje się, że czasami do wspinaczki niepotrzebne są góry a wystarczy wielki kamień. Wtedy mamy do czynienia z boulderingiem, do uprawiania którego niepotrzebny jest żaden sprzęt, oprócz oczywiście sprawnych rąk i nóg. Natomiast sprzęt (zwany szpejem) przyda się tym wszystkim, którzy marzą o wspinaczce skałkowej. Ale uwaga, uwaga! Podczas wspinaczki skałkowej zezwala się jedynie na używanie sprzętu zapewniającego bezpieczeństwo w przypadku odpadnięcia od ściany. Jeśli chcielibyście wspinać się ze „wspomagaczami”, to nazywa się to hakówką. A jeśli chcielibyście wspinać się bez jakiegokolwiek sprzętu, nawet tego asekuracyjnego, to będzie to żywcowanie.

Oczywiście „Książka o górach” porusza nie tylko kwestie nazewnictwa. Dowiecie się z niej czy alpinista może wspinać się tylko w Alpach, czy do wspinania się potrzebne jest ukończenie specjalnego kursu, po co wspinaczom drabina i skąd wiadomo, że Mount Everest jest najwyższą górą świata. Jego pomiary rozpoczęły się w 1802 roku i trwały aż 70 lat! Jednym z tych, którzy podjęli się tego zadania był Anglik, George Everest. To właśnie jego nazwisko nosi góra, chociaż on sam nigdy nie widział jej na własne oczy! Tybetańczycy, którzy tę górę oglądali od zawsze, nazywali ją Czomolungmą, ale Brytyjczycy stwierdzili, że ta nazwa jest za trudna do wymówienia, dlatego przeforsowali swoją, którą dzisiaj posługują się wszyscy na całym świecie. A już zupełnie na marginesie: Czomolungma po tybetańsku to Matka - Bogini Świata. Widocznie Tybetańczycy i bez pomiarów wiedzieli, że to najwyższy szczyt na ziemi!

Mount Everest wchodzi w skład tak zwanej Korony Ziemi. To najwyższe szczyty na każdym kontynencie. Powinno ich więc być siedem i na początku tak było. Teraz jednak w skład Korony Ziemi wchodzi dziewięć szczytów. A ktoś, kto zdobył już je wszystkie, może jeszcze wybrać się na dwa bieguny i tym samym dołączy do tak zwanego Wielkiego Szlema Odkrywców. Pierwszą Polką w Wielkim Szlemie od 2019 roku jest Grażyna Machnik. Przy okazji - jest to druga kobieta i osiemnasta osoba na świecie, która w ogóle tego dokonała! W „Książce o górach” znajdziecie również sylwetki innych Polaków, którzy zasłynęli swoimi wspinaczkowymi osiągnięciami.

Każda strona książki to pasjonująca historia albo bardzo ciekawe fakty. I choć zakładam, że większość z jej czytelników raczej nie wyruszy na K-2, to jestem pewna, że po lekturze, jeśli już nie zakocha się we wspinaczce, to przynajmniej zrozumie, po co tak wielu ludzi wybiera się góry. Odpowiedź jest bardzo prosta - bo są!
Tych, którzy wolą pobawić się z kotem
(choć nie wiadomo, czy kot akurat będzie miał na to ochotę)
zachęcam do lektury książki Lili Chin „Z kociego na nasze, czyli co próbuje powiedzieć ci twój kot”.
Powszechne jest przekonanie, że najlepszymi przyjaciółmi człowieka są psy. Koty to natomiast indywidualiści, które bardziej przywiązują się do miejsca niż do właściciela, których nie da się wytresować, które bywają złośliwe i fałszywe. Oczywiście wszystko to bzdury! Koty różnią się od psów, ale gdy tylko pozna się je trochę lepiej, okazuje się, że to mądre, bardzo kontaktowe i przyjacielskie zwierzęta.
Pierwszym z komunikatów, jakie kot odbiera, jest zapach. Na pewno wiecie, że podczas odwiedzin u znajomych którzy mają kota nie wypada od razu próbować go głaskać albo brać na ręce. Trzeba najpierw pozwolić mu się powąchać. Nie zdziwcie się, kiedy po powrocie z takiej wizyty wasz osobisty domowy kot również będzie was obwąchiwał, choć przecież dobrze was zna. Po prostu przynieśliście ze sobą do domu zapach obcego zwierzęcia. Teraz kot musi was ponownie oznaczyć swoim zapachem, dlatego będzie się ocierał o wasze nogi. Kot regularnie też znakuje mieszkanie swoim zapachem za pomocą pyszczka i łap.

Oprócz węchu koty mają też doskonale rozwinięty słuch. Ich uszy mogą obracać się aż o 180 stopni i wyłapywać wszystkie, nawet najcichsze dźwięki z otoczenia. W zależności od tego, co kot słyszy, rośnie jego poziom relaksu, zaciekawienia albo zaniepokojenia. Najprościej założyć, że im uszy kota są bardziej wyprostowane i skierowane na wprost, tym kot jest w lepszym nastroju. Natomiast uszy odwrócone albo opuszczone to komunikat, że kot jest zaniepokojony, rozzłoszczony albo przestraszony. W takiej sytuacji należy się spodziewać ucieczki albo ataku. Lepiej więc się wycofać, niż później narzekać, że się oberwało ostrymi pazurami. Oczywiście autorka przypomina, że ile ras kocich, tyle uszu i ile kotów, tyle indywidualnych reakcji, więc najlepiej w komunikacji z kotem brać pod uwagę to, że nasz kumpel jest niepowtarzalny i wyjątkowy. Jedno, co jest wspólne dla wszystkich kotów świata i co potwierdzają wszyscy kociarze to fakt, że kot nie reaguje na wołanie na przykład po imieniu nie dlatego, że nie słyszy… Po prostu nie chce reagować. Kiedy natomiast właściciel kota otwiera lodówkę, w której schowane są kocie przysmaki - kot przybiegnie, choćby był cztery pomieszczenia dalej!

Muszę się wam przyznać do tego, że mnie osobiście w kotach fascynują wibrysy, czyli włoski rosnące na pyszczku kota. Po co one właściwie są? Dla ozdoby? Okazuje się, że nie tylko. Wyobraźcie sobie, że to właśnie dzięki wibrysom kot wie, czy zmieści się w otwór, przez który chce się przecisnąć, albo szacuje jak daleko od niego znajduje się zdobycz, którą chce złapać (bo koty słabo widzą z bliska). I wibrysy również informują o nastroju kota.
W książce znajdziecie też informacje o kocich oczach, ogonie, pozycji ciała czy wydawanych dźwiękach. Bo myli się ten, kto uważa, że koty tylko miauczą! Przecież one mruczą, warczą, syczą a czasem nawet ćwierkają! Autorka opisuje też, jakie gesty świadczą o tym, że wasz kot was kocha (choć i bez tych podpowiedzi każdy właściciel kota sam się szybko orientuje, że jest ulubionym człowiekiem swojego zwierzaka). Przedstawia zachowania, które świadczą o niezadowoleniu kota i wyjaśnia, jak najlepiej spędzać z nim czas, żeby był szczęśliwy. Bardzo dużą zaletą książki „Z kociego na nasze” są ilustracje, na których zobaczycie wiele szczęśliwych ogonów, ruszających się wibrysów i bacznie nasłuchujących uszu, bo oprócz tego, że Lili Chin zna się na kotach, jest też świetną rysowniczką!
Mam nadzieję, że po lekturze tej książki, już nigdy nie powiecie, że tylko psy mogą zostać naszymi najlepszymi przyjaciółmi!












